Kategorie: Wszystkie | Konkursy | Makijaż | Moda | O mnie | Recenzje | Zrób to sama | inne
RSS
wtorek, 13 grudnia 2011
Joanna Naturia - "Jesienny liść"

joanna naturia

Rude włosy to było moje marzenie już od dawna. Nigdy jednak nie miałam odwagi się przefarbować na taki właśnie kolor. Za namową kilku koleżanek w końcu się odważyłam. Pomyślałam sobie "raz kozie śmierć". Mój wybór padł na farbę do włosów firmy Joanna. Używałam farb tej firmy już wiele razy. Za każdym razem byłam zadowolona z efektów farbowania. Kolor "chwytał" równomiernie i był intensywny. Wahałam się pomiędzy dwoma kolorami: "jesienny liść" i "płomienna iskra".  Nakładając farbę na dosyć jasny blond, bałam się, że "płomienna iskra" wyjdzie mi zbyt "marchewkowa". Kupiłam więc tą drugą. Kolor wyszedł naprawdę rewelacyjny, choć spodziewałam się, że będzie odrobinę jaśniejszy (może się "spierze" i będzie idealny). Podobnie jak w przypadku innych odcieni, których wcześniej używałam i tym razem kolor wyszedł bardzo równomiernie, jednocześnie nie tworząc efektu sztucznego hełmu na głowie. Kolor jaki wyszedł oceńcie sami:

jesienny liśc

Jeśli chodzi o stan moich włosów po farbowaniu, to po nałożeniu odżywki (niestety nie dołączonej do opakowania) są miękkie i puszyste. 

Z efektów farbowania jestem naprawdę zadowolona. Następnym razem jednak skuszę się na tą "płomienną iskrę". 

płomienna iskra

Cena farby to około 6zł.

Polecam!!

sobota, 03 grudnia 2011
Glitz&Glamour - cienie Avon

avon

avon

"Człowiek uczy się na własnych błędach". No cóż, to powiedzenie nie bardzo tyczy się mojej osoby. Już kilka razy kupiłam kosmetyki sugerując się zdjęciem w katalogu. Kosmetyki ze zdjęć zdają się do mnie mówić "kup mnie" !!! No i jak tu się nie oprzeć, jak wyglądają tak kolorowo, tak zachęcająco? Z jednej strony jestem świadoma tego, że zdjęcia są podrasowane a opisy nie zawsze zgodne z prawdą. Z drugiej jednak strony, jako fanka kosmetyków Avonu, posiadająca kilka "perełek" tej firmy, cicho wierzę, że ten upatrzony produkt będzie następną taką "perełką". Niestety często się mylę. Myliłam się między innymi jeśli chodzi o cienie Glitz&Glamour. Przepiękny makijaż modelki spowodował, że zapragnęłam go odtworzyć. Kupiłam cienie, którymi rzekomo był wykonany makijaż i stwierdziłam, że jest to niewykonalne. Cienie w pudełeczku prezentują się naprawdę dobrze, prawie tak dobrze jak w katalogu. Jednak wystarczyło jedno maźnięcie po nich palcem i już wiedziałam, że jest z nimi coś nie tak. Kolory, na których najbardziej mi zależało, czyli niebieski i śliwkowy są koszmarnie słabo napigmentowane. Gdy używałam ich po raz pierwszy, makijaż robiłam na sucho pędzlami, na bazie e.l.f.. Efekt? Zamiast pięknych, intensywnych, błyszczących kolorów na powiekach miałam tylko matowe, transparentne plamy. Ponieważ jakiś czas temu postanowiłam przestać "cackać" się z kosmetykami Avon i każdy nieodpowiadający mi produkt pakowałam w kopertę i odsyłałam i ten miał podzielić ich los. Ale, że mam miękkie serce, postanowiłam dać mu drugą szansę. Tym razem makijaż wykonałam zwilżonym aplikatorem dołączonym do opakowania. Kolory wyszły o niebo ładniejsze, intensywne. Niestety cały makijaż musiałam od początku do końca robić wspomnianym aplikatorem, bo jakakolwiek próba roztarcia nałożonego cienia pędzlem kończyła się jego zniknięciem z powieki. Tym sposobem zwykły makijaż, który nie powinien zająć dłużej niż 10 minut, zajął mi 20, bo kilka razy musiałam dokładać cienia. Makijaż wyszedł mi średnio imponująco, ale za to trzymał się (bez bazy!!) dobrych parę godzin (zmyłam go po około 7 godzinach a on wyglądał jeszcze bardzo dobrze). Postanowiłam jednak cieni nie odsyłać, choćby ze względu na ten złoty kolor, któremu nie mam nic do zarzucenia (maluje się nim dobrze zarówno na sucho, jak i mokro). 

cienie avon

Cena katalogowa cieni w promocji to około 24zł. 

poniedziałek, 28 listopada 2011
Starazolin HydroBalance

strazolin

Dzisiaj chciałabym Wam napisać o produkcie, który z kosmetykami i makijażem nie ma nic wspólnego. Jednak jest to coś bez czego ja ostatnio nie mogę się obejść. Od zawsze mam problemy ze wzrokiem, do tego praca przy komputerze w sztucznym oświetleniu oraz codzienny makijaż dały się moim oczom we znaki. Wieczorami moje oczy były już mocno zaczerwienione a czasami nawet momentami widziałam jakby przez mgłę. Postanowiłam więc sięgnąć po nawilżające krople do oczu Starazolin HydroBalance. Jednak zanim zaczęłam ich używać poszukałam trochę informacji na temat ich składu. Okazało się, że głównym ich składnikiem jest kwas hialuronowy, o którym do tej pory wiedziałam tylko tyle, że używa się go w produkcji kremów przeciwzmarszczkowych. Co to tak na prawdę jest i jaką pełni rolę - nie miałam pojęcia. Nie wiem dlaczego, ale myślałam, że to jakiś wyciąg roślinny. A to substancja produkowana przez nasz organizm!!! Poza zastosowaniem w medycynie estetycznej  i walce ze zmarszczkami swe bogate właściwości prezentuje również w dziedzinie okulistyki. Przez swoje właściwości nawilżające jest głównym składnikiem sztucznych łez, płynów do soczewek i kropli do oczu. 

Posiadając już wystarczającą wiedzę na temat kropli Starazolin zaczęłam ich używać. Przyznam Wam się szczerze, że jakiekolwiek próby włożenia/wlania/zaaplikowania sobie czegoś do oczu wywołuje u mnie reakcje obronne. Kiedyś o mało nie pobiłam okulistki, która usiłowała mi zmierzyć ciśnienie w oczach ;-) Z tego samego powodu nie noszę soczewek kontaktowych. Z kroplami na szczęście nie było tak źle. Tym bardziej, że nie wlewa się ich w środek oka tylko w worek spojówkowy. Kropli używam dwa razy dziennie: przed zrobieniem makijażu i po jego zmyciu. Efekt? Koniec z zaczerwienionymi, zachodzącymi mgłą oczami pod koniec dnia. Nie wiem dlaczego wcześniej nie wpadłam na to, żeby ulżyć swoim oczom? Przecież to takie proste. Na pewno jest to produkt, który już na dobre zagości o mojej szafce łazienkowej.

Obecnie używam kropli zapakowanych w 12 jednorazowych pojemniczków. Zakraplając oczy dwa razy dziennie po dwie krople do każdego oka jeden pojemniczek starcza nam na jeden dzień. Nie wyobrażam sobie użycia tego samego, otwartego pojemniczka na drugi a już w ogóle na trzeci dzień z obawy przed milionem nagromadzonych w nim bakterii. Krople te są dostępne również w 10ml buteleczce i taką wersję wypróbuję następnym razem. Cena kropli to około 15zł. Myślę, że nie jest to dużo a ulga dla oczu ogromna. 

strazolin

wtorek, 25 października 2011
Joko - recenzja zbiorcza

Cudze chwalicie, swojego nie znacie - zgadzam się z tym powiedzeniem w 100%. Mamy mnóstwo rodzimych świetnych firm produkujących kosmetyki kolorowe. Jedną z nich jest niewątpliwie firma Joko.  W moim posiadaniu znalazło się ostatnio kilka kosmetyków tej firmy i teraz postanowiłam napisać ich zbiorczą recenzję. 

Podkład Cashmere Finish (mat & cover):


Producent pisze: "lekki półkremowy podkład zapewniający efekt mocnego, długotrwałego krycia i zmatowienia skóry, bez efektu maski". I jest to szczera prawda. Podkład naprawdę świetnie kryje i matuje cerę. Ma lekką (trochę wodnistą) konsystencję. Dosyć szybko wysycha na skórze, więc musimy się spieszyć z jego nakładaniem. Początkowo nie mogłam się do tego przyzwyczaić, ale z czasem przywykłam i nie stanowi to już dla mnie żadnego problemu. Jeśli chodzi o zapach to przypomina mi on budyń śmietankowy z odrobiną chemii, ale na szczęście zapach ten nie jest na skórze wyczuwalny. Podkład mieści się w szklanej buteleczce z dozownikiem. Bardzo lubię takie opakowania, ponieważ uważam, że są one wygodne i higieniczne. Odcień jaki wybrałam to ivory- najjaśniejszy. Dla takiej bladej twarzy jak ja - idealny.

ocena 9/10 

joko podkład

 


Cienie prasowane duo. Seria Flamenco, kolor peach/mocha:

joko flamenco

Długo szukałam cieni w kolorze brzoskwini i choć ten to nadal  nie mój ideał, to mimo to bardzo mi się podoba. Cienie są idealnie dobrane kolorystycznie. Obydwa są perłowe, choć brzoskwiniowy zawiera jakby nieco większe błyszczące drobinki. Nadają się zarówno do makijażu dziennego jak i wieczorowego. Świetnie łączą się ze sobą (na sucho jak i mokro), nie osypują się i są bardzo trwałe. Bez bazy utrzymują się na powiekach około 6-8 godzin, na bazie praktycznie od rana do wieczora. Na uwagę zasługuje przepiękne opakowanie, w którym mieszczą się cienie: złote z lusterkiem i dwoma aplikatorami, schowane w czarnym etui. Na cieniach wytłoczony jest śliczny kwiatowy wzorek. Wszystko to sprawia, że wyglądają one bardzo luksusowo.

Ocena 10/10  

joko peach/mocha

joko peach/mocha

 


Róż prasowany duo, kolor J2:

joko róż

To róż dwukolorowy, jednak różnica między odcieniami jest naprawdę minimalna. Kolor J2 to bardzo jasny róż. Pozwala on na delikatne podkreślenie kości policzkowych. Róż zawiera w sobie błyszczące drobinki, na szczęście na twarzy są one prawie niezauważalne. Opakowanie identyczne jak wcześniej opisywanych cieni - przepiękne. Zapach- przy aplikacji dosyć mocno wyczuwalny (taki typowy pudrowy), ale na twarzy już go nie czuć. 

Ocena 9/10

joko róż

 

 

Cień wypiekany universe duo J312:

joko granat

Srebrno-granatowy. Wybrałam go ze względu na ten granat. W opakowaniu prezentuje się przecudnie, gdy maźniemy go palcem również zachwyca. Niestety nie jest już tak kolorowo, gdy chcemy nałożyć go na powieki. Tzn. nakłada się całkiem ok, ale niestety  gdy tylko chcemy go rozetrzeć lub połączyć z innym cieniem po prostu się ściera i z pięknego błyszczącego granatu zostaje nam tylko ciemna matowa plama. To samo dzieje się z cieniem srebrnym. Zarówno gdy malujemy na sucho jak i mokro, na bazie czy bez, efekt jest taki sam. Cienie ładnie wyglądają np. gdy malujemy nimi dolną powiekę wcześniej pomalowaną czarną lub srebrną kredką.

Ocena 5/10

joko granat

joko granat

 

Szminka J60:

joko szminka

Szminka z masłem shea o kremowej konsystencji. Wybrałam dosyć jasny kolor, który powoduje, że wszystkie zagłębienia na ustach są widoczne. Mimo tego, że szminka nie wysusza ust, a nawet je nawilża, użycie błyszczyka jest koniecznością (chyba, że nie przeszkadza Wam jak szminka podkreśla te bruzdy). Kolor jaki wybrałam to J60 - bardzo jasny róż ze złotymi drobinkami, które na ustach widoczne są jako złota poświata i niestety dominują (bardziej widać to złoto niż róż). Na szczęście nie są one wyczuwalne na ustach. Szminka zmywa się dosyć równomiernie a zawarte w niej drobinki nie migrują po całej twarzy. Opakowanie- bardzo eleganckie w kolorze satynowego złota. Zapach lekko wyczuwalny, ale nawet ładny. 

Ocena 7/10

joko szminka

joko szminka

czwartek, 29 września 2011
Paleta 96 cieni Queen Style

paletka

Recenzja paletki, która znalazła się w moim posiadaniu dzięki wygranej w konkursie  organizowanym na blogu Stylowe dziewczyny.

Wszystkie informacje na jej temat zawarłam w filmiku:

 

Ponadto zrobiłam swatche niektórych cieni:

fiolety

brązy

zielenie

niebieskie

brązy1

róże

paletka

Paletka jest rewelacyjna !!!

Gorąco polecam :-) 

niedziela, 24 lipca 2011
Farba do włosów Avon - recenzja

farba avon

Długo wahałam się nad wyborem koloru farby do włosów. Miałam straszną ochotę przefarbować się na rudo, ale niestety odwagi mi brakło i skończyło się na kolorze blond.

Przez wiele miesięcy farbowałam włosy farbami firmy Joanna (wcześniej Palette), ale nigdy do końca nie byłam zadowolona z efektów. Kolor na włosach wychodził mi albo zbyt szary, albo zbyt żółty.

Tym razem postawiłam na farbę z Avonu i myślę , że był to strzał w 10.

Cała recenzja znajduje się w filmiku. Zapomniałam w nim tylko powiedzieć, że farbę nakładałam od razu na całe włosy a nie najpierw na odrosty.

Cena farby w katalogu 12 to 18,90zł.

 Dla porównania zrobiłam zdjęcia moich włosów przed i po farbowaniu:

farba przed

farba po

Oraz dla zainteresowanych skład farby: 

farba skład

niedziela, 29 maja 2011
Bazy pod cienie

W ciągu ostatnich miesięcy przetestowałam kilka baz pod cienie i teraz postanowiłam podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami na ich temat. Wypróbowałam 4 bazy. Każdą z nich ocenię ( w skali 1 do 10) pod kątem przedłużenia trwałości makijażu, podbijania koloru cieni oraz konsystencji.

Pierwsza baza jaką kupiłam była to Joko Virtual. Chyba najtańsza z dostępnych na naszym rynku (ok. 8zł) . Baza ta ma koszmarną konsystencję. Jest tak sucha i twarda , że naprawdę bardzo ciężko jest ją rozprowadzić na powiekach. Z początku myślałam , że może trafiłam na jakiś wadliwy egzemplarz , ale potem koleżanka pokazała mi swoją i też miała ten sam problem. Próbowałam na różne sposoby choć odrobinę ją zmiękczyć (w akcie desperacji włożyłam ją nawet do mikrofalówki), ale niestety nic nie poskutkowało. Jeśli chodzi o jej działanie, to (jeśli udało nam się ją nałożyć na powieki) efekt był naprawdę bardzo dobry. Cienie nabierały intensywniejszych barw i utrzymywały się przez wiele godzin w nienaruszonym stanie.

joko

Ocena:

konsystencja 1/10

podbijanie koloru cieni 8/10

przedłużanie trwałości cieni 9/10

Bazę Joko po kilku użyciach dałam mamie i postanowiłam zainwestować w coś lepszego. I tutaj wybór padł na bazę ArtDeco (koszt około 40zł). Baza ta ma o wiele lepszą konsystencję. Nakłada się ją całkiem sprawnie, ale po jakimś czasie zauważyłam, że po bokach delikatnie zasycha i zebrana z tych właśnie boków tworzy grudki, które ciężko rozsmarować. Kolejnym minusem jest jej zapach. Przypomina mi on tanie, męskie wody kolońskie. Na szczęście zapachu nie czuć po nałożeniu. Baza ta jest moją zdecydowaną faworytką jeśli chodzi o podbijanie koloru cieni do powiek oraz przedłużania ich trwałości.

artdeco

Ocena:

konsystencja 7/10

podbijanie koloru cieni 10/10

przedłużanie trwałości cieni 10/10

Kolejna baza, która znalazła się w mojej kolekcji to baza Avon, dołączona do podwójnych cieni Anew. Kupiłam ją raczej z ciekawości niż potrzeby jej posiadania. Ma ona zdecydowanie najlepszą konsystencję. Gładko i równomiernie nakłada się ją na powieki. Niestety na tym jej zalety się kończą. Nie podbija kolorów cieni ani też nie przedłuża ich trwałości. Do tego delikatnie piekły mnie po jej użyciu oczy. Głównym zadaniem tej bazy miało być liftingowanie powiek. Tego działania też nie zauważyłam (może nie mam zbyt zwiotczałych powiek, żeby to zauważyć ;-) ).

avon

konsystencja 10/10

podbijanie koloru cieni 2/10

przedłużanie trwałości cieni 3/10

Ostatnią bazą jaką używałam, jest wygrana przeze mnie w konkursie baza e.l.f.. Mieści cię ona w bardzo wygodnym opakowaniu z gąbeczką (przypominającym opakowanie błyszczyka czy korektora). Nie musimy wtykać palucha do środka, żeby ją nabrać ( jest to szczególnie ważne dla osób o długich paznokciach). Bazę nakłada się bardzo łatwo, ma świetną konsystencję. Dobrze też przedłuża trwałość cieni. Z podbijaniem kolorów też nie jest najgorzej.

e.l.f.

konsystencja 10/10

podbijanie koloru cieni 7/10

przedłużanie trwałości cieni 8/10

Odkąd zaczęłam używać baz po cienie nie wyobrażam już sobie makijażu bez nich. Moją ulubioną okazała się niestety ta najdroższa - ArtDeco. Jednak jeśli weźmiemy pod uwagę na jak długo nam ona wystarczy (używam jej prawie pół roku i została jeszcze ponad połowa),to myślę, że wydadek ten się naprawdę opłaci.



środa, 06 kwietnia 2011
Astor - Lip Tint

lip tint

Nigdy nie byłam szczególną błyszczyko- czy szminkomaniaczką. Nie przywiązuję zbyt dużej wagi do makijażu ust , bo szminka czy błyszczyk zawsze znikały z moich ust w przeciągu góra pół godziny. Aż w końcu trafiłam na produkt, który rozwiązał mój problem. Pisaki Astor Lip Tint nie tyle pokrywają usta kolorem a barwią je. I to na długie godziny. Obsługa pisaczków jest bardzo prosta: najpierw malujemu usta kolorem a potem drugą końcówką nawilżamy je , nadając im delikatny połysk. Nie musimy używać żadnych konturówek, ponieważ ich kształt pozwala na idealne, precyzyjne obrysowanie ust. Nie musimy się martwić o to, że szminka wyląduje nam poza ustami lub co gorsza na zębach ;) Do tego wszystkiego mają ładne owocowe zapachy (ja w nich wyczuwam jabłko).Często łączę je ze swoimi ulubionymi błyszczykami (zamiast drugiej końcówki używam właśnie błyszczyka).

Pisaki te występują w 6 kolorach:

- 300 nude sweetness

- 200 Grenadine

- 103 rosewood blush

- 100 cotton candy

- 301 warm sand

- 302 noisette

Do mnie trafiły trzy pierwsze.

lip tint

Nude sweetness to delikatny brąz, idealnie nadający się do makijażu dziennego.

lip tint

Grenadine to kolor czerwono-brązowy. Na ustach dosyć ciemny, więc bardziej nadaje się na wieczorne wyjścia.

lip tint

Rosewood blush, jak sama nazwa wskazuje jest różowy. Nadaje się zarówno na dzień jak i wieczór.

lip tint

Pisaczki są naprawdę rewelacyjne, polecam je wszystkim a szczególnie takim szminkozjadaczkom jak ja ;)

poniedziałek, 28 marca 2011
Maskara Maybelline OneByOne

onebyone

Jakiś czas temu dostałam od firmy Maybelline do przetestowania tusz i postanowiłam, że to świetna okazja, żeby na blogu oprócz moich makijaży zamieszczać również recenzje kosmetyków.

Tusz, który przyszło mi testować to One by One volum' express.

Opakowanie tuszu niczym (poza kolorem) nie różni się od poprzednich tuszy Maybelline (Colossal i Falsies). Różowe, miłe dla oka, mieszczące 10,4 ml tuszu.

Tusz występuje w trzech wersjach kolorystycznych: brązowym, szarym i czarnym. Mnie przypadł w udziale ten drugi. Jednak na rzęsach wygląda on na czarny. Naprawdę trzeba się mocno przyjrzeć (pod światło), żeby dostrzec w nim szarość.

Szczoteczka jest dosyć spora, ale mimo to malując rzęsy ani razu nie zdarzyło mi się upaćkać sobie górnych czy dolnych powiek. Kształt szczoteczki troszkę przypomina mi maczugę pokrytą gumowymi (elastomerowymi) włóknami.

Teraz odniosę się do tego co obiecuje producent:

"Giętkie, elastomerowe włókna szczoteczki podnoszą uwodzicielsko Twoje rzęsy oraz równomiernie rozprowadzają tusz bez grudek."

Faktycznie rzęsy są jakby delikatnie uniesione, grudek również nie zauważyłam.

"Szczoteczka posiada 300 włókien, podczas gdy przeciętne oko ma 100 rzęs. Na 1 rzęsę przypadają 3 włókna, które precyzyjnie chwytają, rozdzielają i pokrywają każdą rzęsę!"

I tutaj również się zgodzę. Nakładając nawet kilka warstw tuszu moje rzęsy w ogóle nie sklejały się ze sobą.

Jeśli chodzi o efekt pogrubienia czy wydłużenia, to maskara ta bardziej wydłuża rzęsy niż je pogrubia.

Ogromną zaletą tego tuszu jest jego trwałość. Nawet po wielu godzinach nie osypuje się on ani nie kruszy.

Myślę, że tusz ten idealnie nadaje się do codziennego makijażu. Rzęsy są świetnie podkreślone ale efekt jest nadal naturalny.

Z czystym sumieniem mogę Wam polecić ten tusz, ponieważ uważam, że jest to jeden z lepszych tuszy jakich używałam.

onebyone

poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Fusion of Color

Jakiś czas temu pewna pani zapytała mnie czy może mi wysłać kilka próbek kosmetyków Fusion of Color, żebym wykorzystała je w filmiku. Zgodziłam się od razu, bo otwarta jestem na wszelkie nowości a poza tym nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z cieniami mineralnymi. Na tych zawiodłam się , ale mam nadzieję , że kosmetyki mineralne innych firm nie są takie słabe.

Wszystko co chcę Wam napisać o tych produktach jest w filmiku, więc zapraszam do obejrzenia:

Beautyblogs.pl statystyka